Przeglądając stare gazety z czasów II Rzeczpospolitej, można szybko zauważyć, że ówczesna prasa kochała sprawy sądowe, sensacje obyczajowe i dziwne zdarzenia z życia codziennego. Obok wielkich afer finansowych pojawiały się procesy o fotografię dziecka na opakowaniu leku, o psa, który sam „wskazał” właścicielkę, o rejenta wydającego pieniądze klientów na hulanki, a nawet o człowieka, który nie chciał zdjąć czapki w sądzie.
Nie wszystkie opisane niżej historie były procesami w ścisłym znaczeniu. Niektóre to raczej kroniki policyjne albo prasowe notatki o niezwykłych wydarzeniach. Razem pokazują jednak codzienny świat II RP: czasem śmieszny, czasem brutalny, a czasem zaskakująco podobny do naszego.
Suczka „Mucha” jako świadek
Jedna z najbardziej zabawnych spraw dotyczyła suczki o imieniu Mucha. Według relacji prasowej Mucha należała do pani Sawickiej, która sprzedała ją panu Kurantowi. Ten następnie odstąpił psa pani Gawrysiakowej. Problem polegał na tym, że Mucha najwyraźniej nie uznała tej transakcji za wiążącą.
Pies zniknął od nowej właścicielki, a po pewnym czasie pani Gawrysiakowa spotkała go w Ogrodzie Saskim w Warszawie — idącego spokojnie przy dawnej pani, czyli pani Sawickiej. Sprawa trafiła do sądu jako proces o kradzież psa.
Najciekawszy moment nastąpił na sali sądowej. Mucha wystąpiła tam właściwie w roli świadka. Obie kobiety przywoływały psa. Pani Gawrysiakowa wołała: „psi, psi, psi”, a pani Sawicka zwróciła się do Muchy po imieniu. Suczka pomachała ogonem i poszła do dawnej właścicielki.
Sąd grodzki uznał jednak, że skoro pani Sawicka wcześniej psa sprzedała, powinna go oddać. Skazano ją na miesiąc aresztu z zawieszeniem wykonania kary. Dopiero sąd odwoławczy spojrzał na sprawę inaczej i uniewinnił oskarżoną, uznając, że przewód sądowy nie dostarczył dowodu winy.
To jedna z tych historii, które brzmią jak anegdota, ale pokazują realny problem: czy zwierzę jest tylko przedmiotem transakcji, czy jednak więź z człowiekiem też ma znaczenie?
Hulanka rejenta z Żyrardowa
Znacznie mniej zabawna była sprawa rejenta Franciszka Bachańskiego z Żyrardowa. Prasa pisała o niej pod tytułem: „Hulanka pana rejenta z Żyrardowa za pieniądze skarbowe i klijentowskie”.
Bachański miał wcześniej pracować jako sekretarz prezydium Sądu Okręgowego w Warszawie, a potem objąć kancelarię rejentalną w Żyrardowie. Według gazety kancelaria przynosiła mu ponad 4000 zł miesięcznie, a więc bardzo wysokie dochody. Mimo to zarzucano mu malwersacje, fałszowanie dokumentów, działanie na szkodę skarbu państwa oraz przywłaszczenie pieniędzy klientów.
Prasa przedstawiała go jako człowieka żyjącego ponad stan, bywalca restauracji i lokali rozrywkowych. W sprawie pojawiał się także jego kuzyn Marjan Kowalski, zatrudniony jako dependent, oraz drugi dependent Henryk Czekałowski, który miał podpisywać akty w zastępstwie rejenta.
Akt oskarżenia mówił o kilku przypadkach fałszu, przywłaszczeniu opłat stemplowych i problemach z depozytami klientów. Sam Bachański miał twierdzić, że część pieniędzy była pożyczkami od osób, które chciały wysokiego oprocentowania.
Ta historia pokazuje bardzo poważny problem: zaufanie do osoby publicznej. Rejent, podobnie jak bankier, działał w miejscu, do którego ludzie przynosili pieniądze, dokumenty, akty i depozyty. Gdy taka osoba nadużywała zaufania, skutki były dotkliwe.
Józef Kagan i czapka w sądzie
Osobliwa była również sprawa Józefa Kagana, studenta Wyższej Szkoły Handlowej. Gazeta opisała ją w sposób charakterystyczny dla epoki i wyraźnie nacechowany uprzedzeniami. Sam tytuł był złośliwy i odnosił się do tego, że Kagan, jako Żyd, nie chciał zdjąć czapki w sądzie.
Według relacji Kagan pojawił się w sądzie w czapce i nie zdjął jej mimo kilkukrotnych wezwań sekretarza oraz woźnego. Tłumaczył, że nie wiedział, iż obowiązuje taki zwyczaj, a gdy zwrócono mu uwagę, opuścił sąd. Świadkowie twierdzili jednak, że był ostrzegany kilkakrotnie.
Sąd uznał, że samo niezdejmowanie czapki nie musi jeszcze oznaczać obrazy sądu, ale uporczywe niestosowanie się do poleceń osób uprawnionych już tak. Kagan został ukarany grzywną i opłatami sądowymi.
Dziś taka sprawa wyglądałaby raczej na konflikt o zachowanie w budynku sądu. W przedwojennej prasie stała się jednak materiałem na tekst o obyczajach, porządku publicznym, religii i tożsamości.
Wieśniak chciał sprzedać osiemnastoletniego syna
Jedna z najbardziej wstrząsających notatek nie dotyczy klasycznego procesu, lecz zdarzenia spod Łodzi. Gazeta pisała o „niesamowitej transakcji”. Mieszkaniec wsi, nazwany w artykule Pietrzykowskim, miał chcieć sprzedać drugiemu rolnikowi swojego 18-letniego syna.
Cena miała wynosić 50 zł. Dodatkowo, jeśli chłopak przez dwa lata dobrze by się sprawował, nowy „pan” miał dopłacić jeszcze 20 centnarów zboża.
O sprawie dowiedziała się policja i obaj mężczyźni zostali aresztowani. Pietrzykowski tłumaczył, że do takiego kroku pchnęła go skrajna bieda. Miał żonę i kilkoro dzieci, więc — jak mówił — chciał „ulżyć rodzinie”, sprzedając jedno dziecko.
Brzmi to absurdalnie i makabrycznie, ale pod spodem widać dramat nędzy. To nie tylko dziwna historyjka z gazety. To zapis świata, w którym bieda mogła doprowadzić człowieka do czynu całkowicie nieludzkiego.
Proces o fotografię 7-letniej Danusi
Jedna z warszawskich wytwórni chemiczno-farmaceutycznych wypuściła na rynek preparat tranowy dla dzieci. Na opakowaniu znalazła się fotografia kilkuletniej dziewczynki. Po ukazaniu się leku rodzice, określani w gazecie jako państwo B., ze zdumieniem rozpoznali na etykiecie zdjęcie swojej 7-letniej córki Danusi.
Po zbadaniu sprawy okazało się, że firma farmaceutyczna kupiła fotografię za 2 złote od dużego zakładu fotograficznego, w którym rodzice wcześniej fotografowali dziecko. Rodzina wystąpiła do sądu cywilnego przeciwko firmie farmaceutycznej, zakładowi fotograficznemu oraz grafikowi, który wykorzystał zdjęcie na opakowaniu.
Domagano się zakazu dalszego rozpowszechniania etykiety oraz odszkodowania. Ta sprawa brzmi niemal współcześnie. Dziś powiedzielibyśmy: bezprawne wykorzystanie wizerunku dziecka, brak zgody rodziców, komercyjne użycie fotografii. Minęło prawie sto lat, a problem wcale nie zniknął. Nadal zdarzają się sytuacje, w których ktoś chce zarabiać na cudzym zdjęciu albo wizerunku bez zgody osoby przedstawionej.
Tragiczna śmierć młodego pilota
Wycinek o Wiktorze Modzelewskim, 21-letnim uczniu szkoły lotniczej, nie jest sprawą sądową, ale dobrze pasuje do przedwojennych kronik prasowych.
Modzelewski wystartował rano samolotem szkolnym Aeroklubu Warszawskiego. Po kilkunastu minutach lotu znalazł się nad majątkiem należącym do jego rodziny. Zaczął krążyć nad dworem i machać ręką do bliskich. W pewnym momencie zbliżył się do wysokiej topoli.
Chcąc uniknąć zderzenia, próbował wyprowadzić samolot, ale zahaczył skrzydłem o drzewo. Maszyna straciła równowagę, spadła i rozbiła się. Pilot został wydobyty ze szczątków ciężko ranny, ale mimo natychmiastowej pomocy zmarł.
Ta historia pokazuje inną stronę dwudziestolecia międzywojennego: fascynację lotnictwem, młodzieńczą brawurę i kruchość ówczesnej techniki. Prawdopodobnie chciał tylko pomachać rodzinie z samolotu. Zakończyło się tragedią.
Echa tragicznych strzałów
W jednym z wycinków pojawia się także sprawa Juliana Blachowskiego, zabójcy dyrektora Zakładów Żyrardowskich Gastona Köhlera. Prezydent Rzeczypospolitej złagodził mu karę: zamiast czterech lat więzienia Blachowski miał odsiedzieć dwa lata.
Artykuł jest ciekawy nie tylko ze względu na samą sprawę, ale także ton. Gazeta pokazuje Blachowskiego jako człowieka, który popełnił przestępstwo, ale jednocześnie wyrósł z napięć społecznych, poczucia krzywdy pracowników i konfliktu wokół zagranicznego kapitału.
To dobry przykład tego, jak prasa II RP potrafiła budować narrację. Jednego oskarżonego przedstawiała jako hulakę i malwersanta, innego jako ofiarę stosunków społecznych, a jeszcze innego jako człowieka zasługującego na publiczne potępienie.
Co te sprawy mówią o II Rzeczpospolitej?
Te stare wycinki prasowe są fascynujące, bo pokazują II RP nie od strony wielkiej polityki, lecz codzienności: sądów, konfliktów, pieniędzy, wstydu, biedy, obyczajów i ludzkich dziwactw.
Widzimy sprawy poważne i groteskowe. Proces o fotografię dziecka pokazuje, że problem bezprawnego wykorzystania wizerunku istniał już sto lat temu. Sprawa suczki Muchy pokazuje, że sądy musiały rozstrzygać nawet najbardziej nietypowe konflikty o własność. Historia rejenta z Żyrardowa przypomina, że nadużycie zaufania przez osobę publiczną zawsze było groźne. Sprawa człowieka, który chciał sprzedać syna, pokazuje z kolei ciemną stronę biedy.
Widzimy też prasę, która kochała mocne tytuły, ironię, sensację i moralizowanie. Język tych tekstów bywał brutalny, czasem uprzedzony, czasem przesadny, ale dzięki temu dobrze pokazuje atmosferę epoki.
Najciekawsze jest jednak to, że wiele z tych spraw wcale się nie zestarzało. Bezprawne użycie wizerunku, nadużycie zaufania, konflikty o zwierzęta, ludzie robiący rzeczy absurdalne pod presją biedy — to wszystko nadal brzmi znajomo.
I może właśnie dlatego przedwojenne gazety tak dobrze się czyta. Pokazują świat sprzed stu lat, ale człowiek w tym świecie pozostaje zaskakująco podobny: czasem pazerny, czasem naiwny, czasem śmieszny, czasem tragiczny.

