Nazwisko Kwinto wielu osobom kojarzy się z filmem Vabank. W filmie Kwinto to kasiarz, człowiek od sejfów, wytrychów i zemsty na bankierze Kramerze. Tyle że prawdziwy Stanisław Kwinto istniał naprawdę — i był kimś zupełnie innym.
Nie włamywał się do banków. On prowadził własny.
Przyjmował pieniądze, obracał papierami wartościowymi, sprzedawał dolarówki, pośredniczył w lokatach, walutach i nieruchomościach. Był inżynierem technologiem, człowiekiem od patentów i fabryki celofanu, ale także właścicielem domu bankowego przy Marszałkowskiej 121 w Warszawie.
A potem jego nazwisko trafiło do gazet w zupełnie innym kontekście: milionowa afera, fałszywe czeki, fikcyjne konta, znikające depozyty, proces, więzienie i pytanie, czy był cynicznym oszustem, czy przedsiębiorcą, którego przerosły własne interesy.
Nie tylko bankier. Początki Stanisława Kwinty
Stanisław Kwinto nie wygląda na człowieka, który od początku kariery planował zostać bohaterem afery bankowej. W starszych materiałach pojawia się raczej jako człowiek techniki i przemysłu. Wywodził się ze środowiska polsko-inflanckiego, z kręgu dawnych ziemiańskich rodzin związanych z terenami dzisiejszej Łotwy, okolic Dyneburga i Rzeżycy.
Ważny ślad pochodzi już z 1902 roku. Kwinto pisał wtedy do gazety list zatytułowany „Porady przemysłowe”. Podpisywał się jako Stanisław Kwinto ze stacji Turmont przy Kolei Warszawsko-Petersburskiej, z majątku Staciny. Deklarował, że chce udzielać porad i wskazówek z zakresu swojego zawodu — technologii.
To bardzo ciekawy obraz młodego Kwinty. Nie bankier od lokat i dolarówek, ale człowiek, który myśli o przemyśle technicznym, o polskiej gospodarce, o uniezależnieniu się od obcych doradców i obcych technologii.
Później ten techniczny trop wraca wielokrotnie. Kwinto pojawia się jako autor patentów dotyczących zabezpieczania butelek oraz błon celulozowych. W Toruniu działają Zakłady Przemysłowo-Chemiczne Stanisław Kwinto i Synowie, oferujące kapsle butelkowe z celulozy i błonki eskozowe. To wszystko pokazuje, że Kwinto miał realne zainteresowania przemysłowe.
I właśnie dlatego jego historia jest ciekawsza niż proste hasło „bankier-oszust”. On mógł być przemysłowcem. Mógł zostać zapamiętany jako inżynier, technolog, organizator produkcji. Zamiast tego został zapamiętany jako człowiek, który wprowadził ludzi w finansowy labirynt.
Dom Bankowy Stanisław Kwinto — Marszałkowska 121
W zachowanych obwieszczeniach handlowych już z 1920 roku widnieje wpis: Stanisław Kwinto w Warszawie, ul. Marszałkowska 121, Dom Bankowy. Jako właściciel wskazany jest Stanisław Kwinta, zamieszkały przy ul. Marszałkowskiej 74.
To bardzo ważne, bo obala uproszczoną wersję, że Kwinto założył swój dom bankowy dopiero pod koniec lat 20. Jego prywatna działalność bankowa działała znacznie wcześniej — najpóźniej od 1920 roku.
W księgach adresowych Warszawy występuje w dziale domów bankowych i kantorów. W 1922 roku pojawia się na liście instytucji uprawnionych do wymiany walut. W ogłoszeniach prasowych z lat 20. jego firma oferuje lokaty, pośrednictwo w papierach wartościowych, kupno i sprzedaż złotych rubli, informacje o markach niemieckich, transakcje akcjami, pośrednictwo w nieruchomościach i działkach.
Dom bankowy w realiach II RP nie był bankiem w dzisiejszym rozumieniu. Była to prywatna firma bankowa, często prowadzona przez osobę fizyczną albo spółkę osobową. Mogła łączyć funkcje kantoru, biura maklerskiego, pośrednika kredytowego, miejsca przyjmowania lokat, obrotu walutami i papierami wartościowymi.
Właśnie takim finansowym „kombajnem” był dom bankowy Kwinty. Przez Marszałkowską 121 przewijały się waluty, papiery, akcje, lokaty, listy zastawne, nieruchomości, a później także dolarówki.
Kwinto jako człowiek od wszystkiego, co miało wartość
Ogłoszenia Kwinty pokazują szerokość jego działalności. Nie był tylko bankierem siedzącym za biurkiem i przyjmującym wkłady.
Reklamował:
- kupno i sprzedaż złotych rubli,
- informacje o przedwojennych markach niemieckich,
- lokaty pieniędzy z dobrym oprocentowaniem i zabezpieczeniem,
- kupno i sprzedaż akcji oraz papierów procentowych,
- pośrednictwo w nieruchomościach, willach i terenach letniskowych,
- informacje dla posiadaczy akcji żyrardowskich,
- dolarówki na kredyt i lokaty dolarowe.
W jednym z ogłoszeń pytał wprost: „Kupić czy sprzedać?” i zapraszał do swojego domu bankowego po tablice orientacyjne dotyczące wartości akcji i koniunktury giełdowej. W innym wzywał posiadaczy akcji żyrardowskich, by łączyli się w obronie swoich interesów i zapewnili sobie prawo głosowania przed walnym zgromadzeniem.
To pokazuje, że Kwinto chciał być nie tylko pośrednikiem, lecz także człowiekiem wpływu: kimś, kto organizuje akcjonariuszy, doradza, pośredniczy i decyduje, gdzie warto ulokować pieniądze.
W 1926 roku pojawia się nawet w relacji z protestu na giełdzie warszawskiej. Gdy maklerzy protestowali przeciwko podatkowi giełdowemu, inżynier Stanisław Kwinto miał wystąpić z przemówieniem, nawołując do utrzymania strajku. Przemówienie przyjęto oklaskami, a wystąpienie było żywo komentowane.
To nie był cichy urzędnik. To był aktywny uczestnik warszawskiego rynku finansowego.
Dolarówki, lokaty i obietnica bezpiecznego zysku
Najbardziej niepokojące są reklamy dolarówek i lokat dolarowych.
Kwinto oferował „lokaty dolarowe, płatne na każde żądanie, przynoszące 9,3% rocznie”. Podkreślał, że są zabezpieczone przed zniżką kursu i oparte na walorach poważnej instytucji hipotecznej. Dla przeciętnego klienta brzmiało to znakomicie: dolar, wysoki procent, płatność na żądanie, bezpieczeństwo.
Inne ogłoszenia były jeszcze bardziej emocjonalne. Dom bankowy informował, że na dolarówkę sprzedaną przez Kwintę na kredyt, spłacaną ratami, padła wygrana 3000 dolarów. W innym losowaniu miało paść nawet 40 000 dolarów.
Mechanizm był prosty: ktoś wygrał, u nas wygrał, ty też możesz. Nie masz pieniędzy? Kup na kredyt. Spłacisz ratami.
Później, gdy sprawa trafiła do sądu, prasa pisała, że Kwinto sprzedawał dolarówki na raty, pobierał pieniądze, wystawiał klientom zaświadczenia z numerami papierów, a według śledczych część tych numerów mogła być fikcyjna, bo dolarówki w ogóle nie były kupowane. Pojawiał się też zarzut, że papiery powierzane przez klientów były zastawiane w instytucjach kredytowych.
To był rdzeń afery: zaufanie, papiery, raty, depozyty i pytanie, czy klient naprawdę dostawał to, co myślał, że kupuje.
Auto-Palace i Mączyńscy
Jednym z najważniejszych wątków procesu był wątek Mączyńskich. Tu także mamy konkretne dokumenty.
W rejestrze handlowym z 4 lutego 1928 roku widnieje spółka Auto-Palace, Bracia Mączyńscy i S-ka, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością w Warszawie. Siedziba mieściła się przy ul. Tatrzańskiej 4. Celem spółki była „eksploatacja samochodowa w najobszerniejszem tego słowa znaczeniu”. Kapitał zakładowy wynosił 20 000 zł, podzielonych na 20 udziałów.
Wśród zarządców spółki występowali: Eugeniusz Mączyński, Jan Mączyński, Kazimierz Mączyński, Stanisław Kwinto i Aleksander Matwiejew.
To ważne, bo późniejszy konflikt Kwinty z Mączyńskim nie był zwykłą relacją bankier–klient. Oni byli wcześniej formalnie powiązani biznesowo. Później w procesie pojawią się samochody, gwarancje, weksle, firma Berliet, fikcyjne konta i wzajemne oskarżenia.
W relacjach prasowych Mączyński występował jako jeden z głównych poszkodowanych. Miał twierdzić, że ufał Kwincie, bo ten wcześniej ostrzegał go przed kłopotami banków. W sprawie pojawiło się fikcyjne konto na nazwisko „Tadeusz Piotrowski z Chicago”. Według relacji miało ono służyć ukrywaniu pieniędzy. Pojawiał się też wątek kont pod innymi nazwiskami i zawiłych rozliczeń.
To dobrze pokazuje, że afera Kwinty nie była tylko sprawą małych ciułaczy. Dotyczyła także dawnych partnerów, wspólników i ludzi, którzy sami prowadzili skomplikowane interesy.
Fabryka celofanu w Toruniu
Obok banku i dolarówek w tle pojawia się fabryka celofanu w Toruniu. To jeden z najciekawszych wątków całej sprawy.
Fabryka była wcześniej znana jako Celuloid Polski. Później pojawiają się nazwy Polofan i Wiskoza. W lipcu 1928 roku syn Kwinty, inżynier Zbigniew Kwinto, ogłaszał, że kupi kocioł parowy lub lokomobilę dla zakładu przy ul. Żółkiewskiego 14 w Toruniu. W tym samym czasie Stanisław Kwinto zgłaszał patenty dotyczące błon celulozowych.
W 1929 roku w ogłoszeniach pojawiają się już Zakłady Przemysłowo-Chemiczne Stanisław Kwinto i Synowie, oferujące kapsle butelkowe z celulozy i błonki eskozowe.
To pokazuje, że Kwinto naprawdę próbował wrócić do swojej dawnej branży — technologii, celulozy, produkcji. Ale fabryka stała się także przedmiotem sporu. Według oskarżenia nieruchomość w Toruniu mogła być w istocie majątkiem Stanisława Kwinty, ukrytym przez przepisanie na syna. W tle pojawiała się także kaucja na rzecz Marii Elizy Gouglerowej.
Zbigniew Kwinto tłumaczył, że fabryka była jego realnym przedsięwzięciem. I sąd ostatecznie nie skazał go za udział w aferze ojca.
Zenopol i Abraham Kagan
Drugim wielkim wątkiem była sprawa Zenopolu i Abrahama Kagana.
Kagan, w prasie czasem zapisywany także jako Adam Kagan, był związany z majątkiem Kossów-Zenopol. Był to majątek ziemsko-leśny, ważny m.in. ze względu na surowiec drzewny. W relacjach prasowych Kwinto i Kagan pojawiają się jako ludzie powiązani ze spółką Zenopol.
Obrona Kwinty twierdziła, że to właśnie Zenopol i Kagan pogrążyli bankiera. Według tej wersji Kwinto miał zostać wprowadzony w błąd przy pożyczce hipotecznej, m.in. dlatego, że z majątku wyłączono historyczny ośrodek Mereczowszczyzna, związany z Tadeuszem Kościuszką.
Kagan mówił odwrotnie: to Kwinto miał próbować wciągnąć go w swoje interesy i przejąć kontrolę nad Zenopolem przez system pożyczek.
Trudno więc mówić tu o prostym podziale na uczciwego i oszusta. Kagan, Mączyński i Kwinto wzajemnie się oskarżali, procesowali i każdy próbował udowodnić, że to on padł ofiarą drugiego.
Wybuch afery w prasie
W marcu 1932 roku sprawa Kwinty wybuchła w prasie z pełną siłą. Nagłówki pisały: „Niebywała afera bankiera Kwinto. Oszustwa i kradzieże na sumę 4 milj. zł”, „Milionowa afera w stolicy”, „Milionowe nadużycia właściciela znanego domu bankowego”.
Według gazet do prokuratury zgłosili się poszkodowani. Wśród nich Mączyński, określany jako emigrant z Chicago, który miał oskarżyć dom bankowy Kwinty o stratę 740 000 zł. Pojawiał się także Karwowski z roszczeniem 400 000 zł.
Prasa pisała o znikających depozytach, dolarówkach na raty, samochodach pod zastaw, pieniądzach przesyłanych z Rosji do Warszawy, Kaganem uciekającym do Paryża i Gouglerową wyjeżdżającą do Szwajcarii.
W 1933 roku doszedł jeszcze wątek fałszywego czeku na milion franków, związanego z francuskim bankiem Crédit Lyonnais. Według prasy dokument ten miał pomagać Kwincie wykazywać kapitał, którego faktycznie nie miał.
Przed procesem aresztowano także jego syna, Zbigniewa Kwintę. Gazety pisały, że zarzucono mu współudział w aferze ojca i ukrywanie pieniędzy klientów. Ostatecznie jednak Zbigniew został uniewinniony.
Proces bankiera Kwinty
Proces ruszył w styczniu 1934 roku w warszawskim Sądzie Okręgowym. Na ławie oskarżonych zasiedli: Stanisław Kwinto, jego syn Zbigniew Kwinto i Maria Eliza Gouglerowa.
Przewodniczył sędzia Dębicki, w składzie pojawiali się także sędziowie Leszczyński i Cichowski. Oskarżał prokurator Missuna. Po stronie obrony występował m.in. adwokat Niedzielski. W sprawie pojawiali się także adwokaci Hofmokl-Ostrowski, Brokman, Białaszewicz, Wagner oraz syndyk Leopold Żaryn.
Prasa opisywała zachowanie Kwinty złośliwie. Pisała o jego „płaczliwych i wykrętnych tłumaczeniach”, o tym, że płacze i zaciemnia sprawę. Kwinto mówił o kryzysie, Mączyńskim, Kaganem, fabryce, złych inwestycjach. Próbował pokazać, że nie był zwykłym oszustem, tylko człowiekiem wciągniętym w katastrofę gospodarczą.
Jedno z jego zdań najlepiej oddaje charakter sprawy. Gdy pytano go, czy w określonych operacjach działał prywatnie, czy jako dom bankowy, odpowiedział:
„Nie umiem tego wyjaśnić.”
I właśnie to było sedno. U Kwinty prywatne interesy, bank, fabryka, syn, Gouglerowa, Mączyński, Kagan, samochody i depozyty klientów mieszały się w jedną całość.
Biegli i osłabienie części zarzutów
Duże znaczenie miały opinie biegłych buchalterów. W relacjach pojawiają się nazwiska: Grabowski, Schulz i Szyller lub Szyler.
Ich opinie były dla Kwinty ogólnie niekorzystne, bo potwierdzały chaos w księgach i nieprzejrzystość operacji. Ale jednocześnie osłabiały część najostrzejszych zarzutów.
W sprawie Mączyńskiego biegli podważali wysokość roszczeń. Część kwot nie miała mocnego potwierdzenia w dokumentach. W sprawie Kagana pojawiły się wątpliwości, czy to rzeczywiście on był poszkodowany przez Kwintę, czy może odwrotnie. W sprawie Gouglerowej biegli nie potwierdzili, że uczestniczyła w „kombinacjach”.
To tłumaczy, dlaczego sprawa nie skończyła się skazaniem całej trójki oskarżonych.
Wyrok
Ostatecznie skazany został tylko Stanisław Kwinto. Sąd wymierzył mu karę 3 lat i 6 miesięcy więzienia za działania na szkodę klientów, przywłaszczenie depozytów i doprowadzenie do złośliwej upadłości domu bankowego.
Zbigniew Kwinto został uniewinniony. Sąd nie uznał, że udowodniono mu fikcyjne ukrywanie majątku ojca. Fabryka toruńska była realnym przedsięwzięciem, a Zbigniew rzeczywiście działał przy niej jako inżynier.
Maria Eliza Gouglerowa również została uniewinniona. Ekspertyzy i dokumenty osłabiły zarzuty dotyczące kaucji na fabryce toruńskiej i przechowywania rzekomego majątku Kwinty.
Kwinto odwołał się od wyroku. Sąd Apelacyjny utrzymał wyrok. Kasacja została oddalona przez Sąd Najwyższy.
Amnestia, powrót do więzienia i fabryka Wiskoza
Po odbyciu części kary Kwinto skorzystał z amnestii. Prasa pisała, że kara została zmniejszona, ale później okazało się, że musi jeszcze wrócić do więzienia na resztę kary. Ostatecznie w 1936 roku informowano, że bankier Kwinto opuścił mury więzienne.
Po aferze wrócił też wątek toruńskiej fabryki. Zakład celofanu, związany wcześniej z Polofanem i Kwintami, miał później zostać uruchomiony jako Wiskoza. W ten sposób przemysłowy projekt Kwinty przeżył go w zmienionej postaci, choć już bez jego dawnej pozycji.
Kim był Stanisław Kwinto?
Najprostsza odpowiedź brzmi: był bankierem skazanym prawomocnym wyrokiem. Ale jego historia jest bardziej złożona.
Był inżynierem technologiem, człowiekiem od patentów, celulozy i fabryki. Był aktywnym uczestnikiem warszawskiego rynku finansowego. Był pośrednikiem od walut, lokat, akcji, nieruchomości i dolarówek. Budował zaufanie wśród ludzi zamożnych, dawnych ziemian, osób z Kresów, duchowieństwa i drobnych ciułaczy.
A potem jego system się zawalił.
Można pytać, czy był cynicznym oszustem, czy przedsiębiorcą, którego dobił kryzys. Ale jedno jest pewne: próbując ratować własne interesy, doprowadził do strat wielu ludzi, którzy uwierzyli jego nazwisku, reklamom, papierom i obietnicom bezpiecznego zysku.
I dlatego prawdziwy Kwinto jest ciekawszy niż filmowa legenda. Filmowy Kwinto włamywał się do banków. Prawdziwy Kwinto prowadził własny — i właśnie dlatego jego historia była groźniejsza.
Tu więcej historii o Polsce poza legendą.
