23 października 1932 roku dziennik „Dzień Dobry” zapowiadał proces Juliana Blachowskiego wielkim tytułem: „Dlaczego zabił dyrektora »Żyrardowa«. Jutro staje przed sądem Blachowski”. Artykuł nie przedstawiał tej sprawy jako zwykłego zabójstwa. Opisywał człowieka po carskiej katordze, zniszczonego nerwowo, zmagającego się z bezrobociem, eksmisją, alkoholem i poczuciem krzywdy. A w tle była afera żyrardowska — jedna z najgłośniejszych afer gospodarczych II Rzeczypospolitej.
Sprawa Juliana Blachowskiego była wyjątkowa, bo formalnie dotyczyła zabójstwa jednego człowieka: Gastona Koehler-Badina, naczelnego dyrektora Zakładów Żyrardowskich. W rzeczywistości jednak proces bardzo szybko stał się opowieścią o stanie całego miasta, o robotnikach, kryzysie fabryki, zagranicznym kapitale, bezrobociu i desperacji ludzi związanych z Żyrardowem.
Artykuł w „Dzień Dobry” ukazał się dzień przed rozpoczęciem procesu. Już pierwszy akapit ustawiał sprawę bardzo konkretnie:
„Jutro w sądzie okręgowym w Warszawie rozpoczyna się proces Juliana Blachowskiego, który w dniu 26 kwietnia r.b. zastrzelił dyrektora Zakładów Żyrardowskich Gastona Koehler-Badin’a”.
Gazeta od razu zadawała pytanie: kim był człowiek, który dokonał takiego czynu?
Blachowski przed zabójstwem: katorga, zesłanie i działalność niepodległościowa
„Dzień Dobry” przedstawiał Blachowskiego nie jako przypadkowego awanturnika, lecz jako człowieka z przeszłością niepodległościową. Miał wtedy 42 lata. Gazeta pisała:
„Blachowski ma lat 42 i posiada za sobą chlubną kartę działalności niepodległościowej”.
Według artykułu w 1908 roku Blachowski dostał się w ręce rosyjskiej ochrany. Po roku więzienia prewencyjnego został skazany na 6 lat katorgi. Po odbyciu kary miał jeszcze spędzić życie na osiedleniu w głębi Syberii. Gazeta podkreślała, że kara bardzo mocno odbiła się na jego zdrowiu psychicznym i fizycznym:
„Katorga, którą przeszedł Blachowski, poważnie odbiła się na jego zdrowiu i charakterze, rujnując system nerwowy”.
Najmocniejszy fragment dotyczył warunków, w jakich miał przebywać:
„Trzymany był w celi pojedynczej, zakuty przez całe lata w ciężkie kajdany na rękach i nogach”.
Po wyjściu z więzienia Blachowski rozpoczął pobyt na zesłaniu w guberni irkuckiej. Uwolniła go dopiero rewolucja. Do kraju wrócił w 1918 roku i osiadł w Żyrardowie. Z dzisiejszej perspektywy to ważne, bo pokazuje, że zanim stał się zabójcą dyrektora fabryki, był człowiekiem po ciężkich doświadczeniach politycznych i więziennych.
Rodzina, praca i wejście do życia publicznego Żyrardowa
Blachowski był żonaty. Według „Dzień Dobry” swoją żonę poznał w 1915 roku, jeszcze w czasie pobytu na osiedleniu. Była córką zesłańca politycznego. Małżeństwo miało dwoje dzieci: syna w wieku 15 lat i córkę w wieku 14 lat.
W 1920 roku Blachowski znalazł się w armii ochotniczej. Dwa miesiące później objął posadę urzędnika w Zakładach Żyrardowskich. Początkowo miał otrzymywać bardzo niskie wynagrodzenie, które później wzrosło do 250 zł miesięcznie.
Gazeta pisała, że Blachowski brał czynny udział w życiu politycznym. W grudniu 1924 roku został wybrany z ramienia PPS do Rady Miejskiej w Żyrardowie. Do końca 1927 roku miał piastować stanowisko prezesa żyrardowskiej rady miejskiej. Po rozłamie w PPS znalazł się w dawnej Frakcji Rewolucyjnej.
To bardzo istotne rozróżnienie. Blachowski nie był w tym opisie komunistycznym zamachowcem. Był działaczem socjalistycznym, związanym z PPS i lokalnym życiem politycznym Żyrardowa.

Problemy nerwowe, alkohol i zwolnienie z pracy
„Dzień Dobry” nie idealizował Blachowskiego. Przeciwnie — artykuł opisywał jego pogarszający się stan psychiczny i problemy z alkoholem. Po latach katorgi i po trudnościach życiowych jego nerwy miały być poważnie nadszarpnięte.
„Nadszarpnięte nerwy poczynają odmawiać Blachowskiemu posłuszeństwa. Blachowski popada w rozstrój psychiczny, zniechęcenie i apatię”.
Gazeta pisała, że zaczął zaniedbywać pracę, nie przychodził do biura i często pojawiał się w stanie podniecenia alkoholowego. To miało doprowadzić nawet do czasowego pozbawienia go prawa posiadania broni palnej.
Przed zwolnieniem pojawił się jeszcze epizod z dyrektorem Zaleskim i lekarzem fabrycznym. Według artykułu dyrektor Zaleski, stwierdziwszy, że Blachowski często opuszcza zajęcia i znajduje się w stanie podchmielonym, wysłał lekarza fabrycznego, by ustalić, czy nieobecność pracownika jest spowodowana chorobą. Okazało się jednak, że Blachowskiego nie było w domu. Wtedy Zaleski miał wysłać do Warszawy wniosek o jego zwolnienie.
Decyzję ostatecznie odroczono, a Blachowski przez pewien czas pozostał na służbie. Jednak w 1931 roku, po kolejnym samowolnym opuszczeniu biura, wymówiono mu posadę.
Odprawa, mieszkanie służbowe i narastający kryzys
Po zwolnieniu Blachowski otrzymał odprawę, gratyfikację i zwrot kosztów remontu mieszkania służbowego. Łącznie miało to wynosić 2188 zł.
„W rozrachunku otrzymał odprawę, gratyfikację, zwrot kosztów remontu służbowego mieszkania, w łącznej sumie 2.188 zł”.
Nie opuścił jednak mieszkania służbowego, mimo że podpisał w tej sprawie zobowiązanie. To mieszkanie stało się jednym z ważnych elementów późniejszego konfliktu. Zakłady Żyrardowskie kategorycznie żądały jego opuszczenia, a dla rodziny Blachowskiego utrata mieszkania oznaczała kolejny dramat.
W aktach sprawy znajdował się pamiętnik oskarżonego, prowadzony od 1928 roku. Według gazety Blachowski przyznawał w nim, że często nadużywa alkoholu, ubolewał nad słabą wolą, ale nie podejmował realnej walki z nałogiem. Pisał też o swojej drażliwości i o przeszłości więźnia politycznego.
Jednym z najbardziej wymownych cytatów jest jego porównanie warunków więziennych:
„Więzienie na Dzielnej jest »hotelem« w porównaniu z tem, czem były okresy, gdy pod rządami zaborczemi Blachowski odbywał karę”.
To zdanie pokazuje, jak mocno doświadczenia carskiej katorgi wracały w jego pamięci i jak bardzo wpływały na sposób przeżywania późniejszych wydarzeń.
Podzielona opinia o Blachowskim
„Dzień Dobry” pisał, że opinia o Blachowskim była podzielona. Jedni uważali go za karierowicza, człowieka niepoważnego i demagoga. Inni widzieli w nim człowieka uczciwego i ideowego.
„Opinia o Blachowskim jest podzielona. Jedni uważają go za karjerowicza, człowieka niepoważnego i demagoga, inni zaś poczytują go za człowieka bardzo uczciwego i ideowego”.
Ten fragment jest ważny, bo dobrze pokazuje atmosferę procesu. Blachowski nie był jednoznaczną postacią. Dla jednych był człowiekiem chorym, przegranym i nieodpowiedzialnym. Dla innych — ofiarą systemu, byłym więźniem politycznym i człowiekiem ideowym, który nie wytrzymał presji.
Gazeta wskazywała również na kłopoty materialne. Większą część odprawy Blachowski wydał na urządzenie mieszkania w Warszawie. Później żył głównie z pensji żony, zatrudnionej jako higienistka szkolna w Żyrardowie z pensją 200 zł miesięcznie. Sam miał posiadać jedynie 125 zł miesięcznie jako zaopatrzenie należne mu jako byłemu więźniowi politycznemu.
Starania o pracę miały nie przynieść rezultatu. Do tego doszła sprawa sądowa wytoczona przez Helenę Jarosz przeciwko Blachowskiemu o alimenty. W pierwszej instancji zapadł wyrok dla niego niekorzystny.
Bezsenność, nerwy i Kasa Chorych
W ostatnich miesiącach przed zabójstwem stan Blachowskiego miał się pogarszać. Artykuł pisał, że popadł w silniejsze podrażnienie, cierpiał na bezsenność i leczył się w Kasie Chorych na nerwy.
„Blachowski popada w stan jeszcze silniejszego podrażnienia. Cierpi na bezsenność. W ostatnich miesiącach leczy się w Kasie Chorych na nerwy”.
Ten fragment jest kluczowy dla zrozumienia, dlaczego proces nie był odbierany wyłącznie jako zwykła sprawa karna. Już w 1932 roku prasa podkreślała stan nerwowy oskarżonego, jego traumę po katordze, problemy rodzinne, utratę pracy, groźbę eksmisji i alkohol.
26 kwietnia 1932 roku: dzień zabójstwa
Według „Dnia Dobrego” 26 kwietnia Blachowski był około godziny 11 rano w biurze zarządu Zakładów Żyrardowskich. Pytał o urzędnika Frankowskiego. Miał być pod wpływem alkoholu. Nie zastawszy Frankowskiego, zapraszał urzędnika Kaplińskiego na wódkę, ale ten odmówił.
Później na ulicy Mazowieckiej w Warszawie spotkał dyrektora Koehler-Badina. Gazeta opisywała moment zabójstwa krótko, ale bardzo sugestywnie:
„Spotkawszy następnie na ulicy Mazowieckiej dyrektora Koehlera, podszedł doń i po krótkiej rozmowie wyjął rewolwer. Padły dwa strzały”.
Dyrektor został ugodzony w lewe ramię i klatkę piersiową. Miał przebiec na drugą stronę ulicy, gdzie padł martwy.
„Dyr. Koehler ugodzony w lewe ramię i klatkę piersiową, przebiegł na drugą stronę ulicy, gdzie padł martwy”.
Treści rozmowy między Blachowskim a dyrektorem nikt nie słyszał. Sam Blachowski twierdził później, że podszedł do Koehlera z prośbą o zgodę na pozostanie w mieszkaniu służbowym. Miał usłyszeć odpowiedź: „Precz” albo „Won”.
„Jak twierdzi Blachowski, podszedł on do dyrektora Koehlera z prośbą o zezwolenie na pozostawanie w mieszkaniu służbowem, na co miał otrzymać odpowiedź: »Precz« czy też »Won«”.
Według tej wersji właśnie te słowa miały go wzburzyć do tego stopnia, że strzelił. Blachowski utrzymywał, że nie planował zabójstwa i że spotkał dyrektora przypadkiem.
„Musiałem to zrobić” — słowa Blachowskiego po strzałach
Jednym z najmocniejszych fragmentów artykułu jest relacja o tym, co Blachowski miał powiedzieć bezpośrednio po zatrzymaniu. Osoby, które go zatrzymały, miały odnieść wrażenie, że jest człowiekiem chorym. Był blady i roztrzęsiony.
„Na osobach, które zatrzymały Blachowskiego po zabójstwie, zrobił on wrażenie człowieka chorego. Był blady i roztrzęsiony”.
Potem miały paść słowa, które dobrze pokazują jego stan psychiczny:
„Musiałem to zrobić, nie spałem, zredukował mnie, nerwy wytrzymały, nie mogło być innego rozwiązania…”
To zdanie stało się właściwie streszczeniem całej sprawy: utrata pracy, bezsenność, nerwy, poczucie skrzywdzenia i przekonanie, że nie ma już żadnego wyjścia.
Druga wersja: zamiar dojrzewał od tygodni
Artykuł wskazywał jednak, że późniejsze zeznania Blachowskiego nie były już tak proste. Przesłuchany kilka godzin po zabójstwie przez prokuratora miał oświadczyć, że nosił się z zamiarem pozbawienia życia dyrektora Koehlera, a myśl ta dręczyła go od szeregu tygodni.
„Następnie zaś, przesłuchany w parę godzin po zabójstwie przez prokuratora, oświadczył, że nosił się z zamiarem pozbawienia życia dyr. Koehlera. Myśl ta dręczyła go od szeregu tygodni”.
Na ten zamiar miały się złożyć: utrata pracy, groźba eksmisji z mieszkania, które było niezbędne żonie, a także przekonanie, że dyrektor Koehler arogancko obchodził się z urzędnikami.
Gazeta cytowała też ocenę Blachowskiego dotyczącą roli dyrektora w nędzy Żyrardowa:
„Zdaniem Blachowskiego dyr. Koehler wydatnie przyczynił się do spowodowania ogólnej nędzy i bezrobocia w Żyrardowie”.
Jednocześnie artykuł zaznaczał, że dyrektor Koehler osobiście Blachowskiego nigdy nie obraził. Blachowski wskazywał jednak, że dyrektor Waśkiewicz, wypowiadając mu posadę, miał zaznaczyć, iż czyni to na specjalne polecenie Koehlera.
Dyrektor cudzoziemiec i symbol obcego kapitału
Podtytuł „Dyrektor — cudzoziemiec” dobrze pokazuje klimat epoki. Koehler-Badin był w oczach wielu robotników i mieszkańców nie tylko dyrektorem. Był przedstawicielem obcego kapitału i symbolem zarządu, który kojarzono z kryzysem Żyrardowa.
To bardzo ważne dla zrozumienia procesu. Blachowski zastrzelił konkretną osobę, ale opinia publiczna widziała w tej osobie reprezentanta większego systemu: zagranicznego kapitału, twardej dyrekcji, zwolnień, bezrobocia i dramatu miasta jednej fabryki.
W tym sensie zabójstwo Koehler-Badina nie było tylko indywidualnym dramatem. Stało się elementem afery żyrardowskiej i symbolem napięcia społecznego w II Rzeczypospolitej.
Badania psychiatryczne i zmniejszona możliwość kierowania czynami
Artykuł informował, że Blachowski został przebadany przez psychiatrów. Wynik nie pozwalał uznać go za osobę chorą psychicznie. Jednocześnie stwierdzono u niego wzmożoną pobudliwość i nadwrażliwość.
„Badanie oskarżonego przez psychiatrów wykazało, że nie jest on chory psychicznie, wykazuje jednak wzmożoną pobudliwość i nadwrażliwość”.
Najważniejsze było jednak dalsze zdanie:
„Należy dojść do wniosku, iż w chwili dokonywania przestępstwa posiadał on zmniejszoną możność kierowania swoimi czynami”.
To zdanie miało ogromne znaczenie dla późniejszego odbioru procesu i wyroku. Blachowski nie został przedstawiony jako człowiek całkowicie niepoczytalny, ale jako osoba o ograniczonej możliwości panowania nad sobą w chwili czynu. To otwierało drogę do łagodniejszego potraktowania.
Kto bronił Blachowskiego?
„Dzień Dobry” podawał także nazwiska prawników. Blachowskiego bronili adwokaci Berenson i Gacki. W imieniu rodziny zmarłego występowali adwokaci Nowodworski, Rymowicz i H. Koral, którzy wnosili powództwo cywilne.
Ten szczegół pokazuje, że proces miał duże znaczenie i był traktowany poważnie przez obie strony. Po jednej stronie był oskarżony, którego część opinii publicznej zaczęła postrzegać jako człowieka złamanego przez system. Po drugiej — rodzina zabitego dyrektora, dla której sprawa była przede wszystkim zabójstwem bliskiego człowieka.
Jaki wyrok dostał Blachowski
O tym dowiesz się z artykułu i filmu o aferze żyrardowskiej
Jak czytać dzisiaj ten artykuł z 1932 roku?
Artykuł z „Dzień Dobry” jest niezwykle cennym źródłem, bo pokazuje, jak prasa tuż przed procesem budowała obraz Juliana Blachowskiego. Nie był to obraz prosty. Z jednej strony gazeta pisała o człowieku po katorgach, działaczu niepodległościowym, robotniku, radnym, byłym prezesie rady miejskiej i ofierze nerwowego rozstroju. Z drugiej — nie ukrywała jego problemów: alkoholu, zaniedbywania pracy, kłopotów rodzinnych, sprawy alimentacyjnej, bezsenności i narastającego rozdrażnienia.
Najważniejsze jednak jest to, że już wtedy zabójstwo Gastona Koehler-Badina opisywano nie tylko jako czyn jednostki. W tle nieustannie pojawiały się Zakłady Żyrardowskie, bezrobocie, eksmisja, kryzys miasta i przekonanie, że dyrektor był symbolem szerszej niesprawiedliwości.
Nie trzeba usprawiedliwiać zabójstwa, żeby zrozumieć, dlaczego sprawa Blachowskiego tak poruszyła opinię publiczną. Zbrodnia była zbrodnią. Ale proces stał się czymś więcej niż procesem o dwa strzały na ulicy Mazowieckiej. Stał się procesem o Żyrardów — miasto, które żyło z jednej fabryki i boleśnie odczuło jej kryzys.
Blachowski: przestępca, symbol czy ofiara epoki?
Julian Blachowski był zabójcą Gastona Koehler-Badina. Tego faktu nie da się złagodzić. Oddał strzały, po których dyrektor Zakładów Żyrardowskich zginął na ulicy Mazowieckiej w Warszawie.
A jednak jego historia nie mieści się w prostym schemacie. Był byłym więźniem politycznym, zesłańcem, działaczem PPS, pracownikiem Zakładów Żyrardowskich, człowiekiem po przejściach, zmagającym się z chorobą nerwów, bezsennością, alkoholem, utratą pracy i groźbą eksmisji.
Właśnie dlatego proces Blachowskiego stał się jedną z najgłośniejszych spraw II Rzeczypospolitej. Bo na ławie oskarżonych siedział nie tylko człowiek, który zabił dyrektora. Siedziała tam także historia miasta zależnego od jednej fabryki, historia ludzi tracących pracę, mieszkań i nadzieję oraz historia państwa, które nie potrafiło skutecznie rozwiązać problemu jednej z największych afer gospodarczych tamtych czasów.
Dlatego pytanie postawione przez „Dzień Dobry” 23 października 1932 roku wciąż brzmi mocno:
„Dlaczego zabił dyrektora »Żyrardowa«?”
Odpowiedź nie mieści się w jednym zdaniu. Były dwa strzały, była śmierć dyrektora i była odpowiedzialność karna. Ale była też katorga, choroba nerwów, utrata pracy, groźba eksmisji, gniew robotniczego miasta i afera żyrardowska — jedna z tych spraw, w których prywatna tragedia staje się nagle publicznym oskarżeniem całego systemu.
Artykuł został opracowany na podstawie skanów publikacji „Dlaczego zabił dyrektora »Żyrardowa«. Jutro staje przed sądem Blachowski”, „Dzień Dobry”, nr 295, niedziela 23 października 1932 r.
