Czy mąż miał prawo „bronić honoru” żony? Afera Jezierskiego i spór o kobiety, małżeństwo oraz przemoc w II RP
W II Rzeczypospolitej kobiety miały prawa wyborcze od samego początku odrodzonego państwa. Otrzymały je już w 1918 roku, a więc bardzo wcześnie na tle wielu krajów europejskich. Mogły głosować, kandydować, działać publicznie, uczyć się, pracować, występować na scenie i coraz śmielej uczestniczyć w życiu społecznym.
A jednak w codziennym myśleniu wielu ludzi wciąż żyły bardzo stare wyobrażenia o małżeństwie, honorze i roli kobiety. Żona bywała traktowana nie tyle jako samodzielna osoba, ile jako część reputacji męża. Jej zachowanie miało rzekomo „podnosić” albo „hańbić” mężczyznę. A jeśli mężczyzna uznał, że został upokorzony, część opinii publicznej była gotowa pytać nie tylko o to, czy popełnił przestępstwo, ale także o to, czy przypadkiem „bronił honoru”.
Jedna z najgłośniejszych spraw, która odsłoniła ten sposób myślenia, rozegrała się w 1934 roku wokół porucznika Norberta Jezierskiego, jego żony Romy Jezierskiej i aktora Antoniego Różyckiego. Sama afera — strzały za kulisami Teatru Nowego, proces, zeznania i późniejsze losy bohaterów — jest tematem filmu zamieszczonego poniżej. W tym artykule interesuje nas jednak coś szerszego: co ta sprawa mówi o ówczesnym społeczeństwie?
Nowoczesne państwo i bardzo stare odruchy
Polska międzywojenna była państwem młodym, ale pod wieloma względami nowoczesnym. Kobiety formalnie uczestniczyły w życiu publicznym. W Sejmie zasiadały posłanki, kobiety studiowały, pracowały zawodowo, prowadziły działalność społeczną, występowały w teatrze, pisały, uczyły, leczyły i angażowały się politycznie.
Jednocześnie obyczaj nie zmienia się z dnia na dzień. Prawo mogło przyznać kobietom podmiotowość, ale społeczna wyobraźnia długo jeszcze pozostawała patriarchalna. W sprawach małżeństwa, zdrady, zazdrości i reputacji bardzo często mówiono językiem męskiego honoru.
W takim świecie kobieta formalnie mogła być obywatelką, ale prywatnie nadal bywała oceniana przez pryzmat tego, czy „przynosi chlubę” mężowi, rodzinie albo środowisku. Jej uczucia, wybory i pragnienia schodziły na dalszy plan. Najważniejsze stawało się to, jak jej zachowanie odbija się na mężczyźnie.
Sprawa Jezierskiego jako lustro epoki
Afera porucznika Jezierskiego była więc czymś więcej niż sensacją kryminalną. Owszem, prasa miała gotowy temat: teatr, znany aktor, młoda aktorka, zazdrosny mąż, rewolwer, garderoba i proces. Ale pod powierzchnią tej opowieści krył się poważniejszy spór.
Chodziło o pytanie, czy mężczyzna, który uważa się za zdradzonego albo upokorzonego, może przypisywać sobie prawo do wymierzenia kary. Czy „honor” może usprawiedliwiać przemoc? Czy mąż ma prawo występować jako sędzia, prokurator i kat w sprawie, która dotyczy jego małżeństwa?
Właśnie ten problem wybrzmiał mocno w sądzie. Prokurator zwracał uwagę, że Jezierski nie zachowywał się jak człowiek, który popełnił czyn w rozpaczy i teraz żałuje. Przeciwnie — przedstawiał swój czyn jako moralny obowiązek. Nie mówił wyłącznie o zazdrości. Mówił o karze, jaką rzekomo należało wymierzyć „uwodzicielowi”.
To bardzo ważna różnica. Zazdrość jest emocją. Kara jest już roszczeniem do władzy. Jeżeli ktoś mówi: „wymierzałem karę”, to znaczy, że uznaje siebie za kogoś uprawnionego do osądzenia drugiego człowieka. I właśnie to było w tej sprawie najbardziej niebezpieczne.
„Honor żony” czy kontrola nad kobietą?
W języku epoki często mówiono o „honorze żony” albo „honorze męża”. Ale warto zapytać: czy naprawdę chodziło o honor kobiety? Czy raczej o męską ambicję, poczucie własności i społeczne upokorzenie?
Jeśli mąż twierdził, że „broni honoru żony”, to w praktyce często oznaczało, że broni własnego obrazu w oczach innych ludzi. Żona stawała się częścią jego reputacji. Jej zachowanie miało rzekomo świadczyć o jego sile, słabości, powodzeniu albo porażce.
Taki sposób myślenia nie zostawia kobiecie wiele miejsca na samodzielność. Nie pyta przede wszystkim o jej wolę, jej uczucia, jej prawdę i jej odpowiedzialność. Pyta raczej: co pomyślą inni o mężu?
W tym sensie sprawa Jezierskiego pokazuje, jak daleka droga dzieliła formalne równouprawnienie od rzeczywistej zmiany obyczajowej. Kobiety mogły mieć prawa polityczne, ale w małżeństwie nadal bardzo często były uwikłane w dawne wyobrażenia o posłuszeństwie, czci, winie i męskiej kontroli.
Średniowieczne pasy cnoty i nowoczesny kodeks
Jednym z najbardziej interesujących elementów procesu była argumentacja prokuratora. Nie ograniczał się on do suchego pytania, czy oskarżony strzelał, czy nie strzelał. Zauważył coś znacznie szerszego: Jezierski zachowywał się tak, jakby w nowoczesnym prawie istniała „luka”. Skoro kodeks nie przewidywał kary śmierci dla domniemanego uwodziciela, oskarżony postanowił tę lukę wypełnić sam.
Prokurator sięgnął wtedy po obrazy z dawnych epok: pasy cnoty, zamykanie kobiet w klasztorach, pręgierz, publiczne poniżanie, dawne kary za wiarołomstwo. Pokazywał w ten sposób, że prywatna zemsta w imię małżeńskiego honoru należy do świata, od którego nowoczesne państwo powinno odchodzić.
To był spór o podstawową zasadę: czy konflikty uczuciowe, seksualne i małżeńskie wolno rozwiązywać przemocą? Czy państwo prawa ma ustąpić przed urażoną ambicją? Czy mężczyzna może twierdzić, że skoro prawo nie karze „uwodziciela” tak, jak on by chciał, to sam wymierzy sprawiedliwość?
Odpowiedź nowoczesnego państwa musiała brzmieć: nie. Nawet jeśli małżeństwo się rozpada. Nawet jeśli ktoś czuje się zdradzony. Nawet jeśli prasa i część opinii publicznej rozumie emocje oskarżonego. Prywatna krzywda nie daje prawa do zabijania.
Religia, sumienie i brak skruchy
W sprawie Jezierskiego pojawił się także wątek religijny. Oskarżony mówił o spowiedzi, rozgrzeszeniu i własnym sumieniu. Twierdził, że jako wierzący chrześcijanin rozumie potrzebę żalu, ale tego żalu w sobie nie znajduje.
Ten fragment musiał szczególnie poruszać opinię publiczną, również prasę katolicką. Bo stawiał niewygodne pytanie: czy można powoływać się na religię i sumienie, a jednocześnie nie żałować próby odebrania życia drugiemu człowiekowi?
Prokurator ujął to bardzo mocno. Wskazywał, że oskarżony powołuje się na przykazanie dotyczące pożądania cudzej żony, ale zbyt lekko przechodzi nad przykazaniem „Nie zabijaj”. To nie była tylko uwaga teologiczna. To był komentarz do sposobu, w jaki człowiek potrafi używać wielkich słów — honoru, religii, sumienia, ojczyzny — żeby usprawiedliwić własną przemoc.
Właśnie dlatego ta sprawa jest tak aktualna także dziś. Zmieniają się czasy, słowa i dekoracje, ale mechanizm bywa podobny: człowiek pod wpływem urażonej dumy próbuje nadać swojemu działaniu wyższy sens. Nie mówi: „chciałem się zemścić”. Mówi: „spełniłem obowiązek”.
Gdzie w tej historii jest kobieta?
Najbardziej uderzające jest to, że choć cała sprawa kręciła się wokół Romy Jezierskiej, to w publicznej debacie bardzo łatwo przesuwano ją na drugi plan. Mówiono o honorze męża, o rzekomym uwodzicielu, o moralności teatru, o prawie, religii i karze. Kobieta, której życie prywatne stało się przedmiotem publicznego widowiska, była jednocześnie osobą, o której mówili inni.
To typowe dla wielu dawnych sporów obyczajowych. Kobieta jest w centrum skandalu, ale niekoniecznie w centrum rozmowy. Jej ciało, uczucia, wybory i zeznania stają się materiałem dla męskich interpretacji: męża, adwokatów, prokuratora, dziennikarzy i publiczności.
A przecież właśnie tu widać największe napięcie między formalnym równouprawnieniem a codzienną praktyką społeczną. Kobieta mogła być obywatelką państwa. Mogła być aktorką, osobą publiczną, pracującą zawodowo. Ale gdy dochodziło do spraw małżeńskich i obyczajowych, opinia publiczna nadal często wracała do starych schematów: czy była wierna, czy uległa, czy sprowokowała, czy zachowała się „jak należy”.
Teatr jako symbol nowoczesności i lęku
Nieprzypadkowo ta historia rozegrała się w teatrze. Scena była miejscem sztuki, ale także miejscem lęków obyczajowych. Aktorzy żyli inaczej niż przeciętni mieszczanie. Pracowali wieczorami, przebierali się, grali emocje, dotykali spraw miłości, zdrady, pożądania i społecznych konwenansów. Dla jednych teatr był przestrzenią kultury. Dla innych — światem zbyt swobodnym, podejrzanym, „niemoralnym”.
W procesie powracał motyw teatralnych obyczajów: żartów, pocałunków koleżeńskich, poufałości podczas prób. Dla aktorów mogło to być codziennością. Dla męża patrzącego z zewnątrz — dowodem upadku.
W ten sposób Teatr Nowy stał się nie tylko miejscem zajścia, ale symbolem zderzenia dwóch porządków. Starego, w którym mąż chce kontrolować żonę i karać rywala. Oraz nowego, w którym kobieta pracuje, występuje, rozmawia, bywa w środowisku artystycznym i nie mieści się już łatwo w dawnym modelu domowego podporządkowania.
Równouprawnienie to nie tylko przepis w ustawie
Historia kobiet w Polsce nie zaczyna się i nie kończy na prawie wyborczym z 1918 roku. To był moment przełomowy i bardzo ważny, ale prawdziwe równouprawnienie nie polega wyłącznie na tym, że kobieta może wrzucić kartkę do urny wyborczej.
Równouprawnienie oznacza także zmianę w rodzinie, w języku, w obyczaju, w sądzie, w prasie i w codziennym myśleniu. Oznacza uznanie, że kobieta nie jest częścią męskiego honoru. Nie jest własnością. Nie jest dowodem sukcesu lub porażki męża. Jest osobą.
Sprawa Jezierskiego pokazuje moment, w którym prawo i nowoczesność próbowały już mówić jednym językiem, ale społeczne odruchy nadal często mówiły językiem dawnych wieków. I właśnie dlatego jest to tak ciekawy temat historyczny. Nie chodzi tylko o jedną aferę. Chodzi o to, jak społeczeństwo uczyło się, że przemoc nie staje się moralna tylko dlatego, że nazwano ją honorem.
Dlaczego warto obejrzeć film?
Film osadzony w tym artykule opowiada całą historię afery porucznika Jezierskiego: ludzi, kulisy, proces, zeznania, prasowe emocje i późniejsze losy bohaterów. W artykule pokazaliśmy tylko szersze tło: spór o honor, małżeństwo, kobiecą podmiotowość i granice prywatnej zemsty.
Bo czasem jedna sensacyjna sprawa mówi więcej o epoce niż niejeden podręcznik. W garderobie Teatru Nowego spotkały się nie tylko trzy osoby. Spotkały się także dwa światy: dawny świat męskiej kontroli i nowoczesny świat, który dopiero uczył się traktować kobietę jako samodzielną osobę.
To prawdziwa historia z dawnych gazet, procesów i obyczajowych sporów II Rzeczypospolitej — z drugiej strony legendy.
